Dzień XIV
Już miałam zacząć pisać, gdy zauważyłam
że czekolada na gorąco całkiem mi wystygła a proszek czekoladowy
opadł na dno kubka. Zamieszałam ją patyczkiem od lizaka i wypiłam
z niesmakiem chłodny płyn o kolorze zmąconej kałuży.
Właśnie
słucham sobie Bubba Sparx i od półtorej godziny mam spokój. (Mąż
zabrał Asię i Franka na piętro.) Czytam, piszę i nikt mi nie
wykonuje nad głową jakichś cholernych kujawiaków.
Rano
wstałam o szóstej bo zbudziło mnie jęknięcie Franka. Po minucie
zadzwonił budzik na komórce męża, więc ją wyłączyłam, ale
mąż i tak się obudził i zdziwiony zapytał czemu nie śpię. "Bo
się obudziłam" . Kto to widział żeby nawet w dzień wolny
nastawić budzik - znów ta gra, a ja mam swojego "kota" i
nic mnie dziwi. Nawet brak papieru toaletowego. Trzy rolki w jedną
noc. Dobrze, że są chociaż zapasy chusteczek jednorazowym, chociaż
to trochę nieekologiczne.
Do południa dzieci się bawiły.
Obiadek zjadły oglądając Rajdka, a potem jak zwykle Franek poszedł
spać a Asia na dół do prababci.
Koło czwartej mąż wyszedł
do kościoła. Synek to widział i chciał biec za nim. Nie mogłam
go uspokoić przez 20 minut. Łzy leciały mu z oczu jak ziarna
grochu za którym przepada. Dałam mu lizaka ale nie wziął go nawet
do ust. Uspokoił się dopiero gdy zjadł sobie ogórka kiszonego
Potem na szybko zorganizowałam kąpiel. Dużo płynu do
kąpieli, ciepła woda i przypadkowe zabawki.
Na podwieczorek
zjedli kluseczki, a później Asia jogurt a Franek: rybę w
pomidorach, kiszonego ogórka, danonka, pasztet drobiowy, znów
ogórka. Dziwię się, że mu nic nie dolega po takiej mieszance, ale
od małego lubi mieszać i to mu smakuje.