U mnie to trochę śmiesznie to wyszło, ponieważ ok 20 godz. rozmawiałam z mężem przez telefon (mieszkaliśmy wtedy w 2 różnych miastach) i w miedzy czasie usłyszałam jakby coś pękło, myślałam że to w stawie mi strzela jak zawsze

a do męża tylko zażartowałam że malutka puka do wyjścia hehe; o 20.30 skończyliśmy rozmawiać. Po 21 poszłam do wc i od razu się okazało co pękło

hehe nie zastanawiając się dłużej wzięłam kąpiel, spakowałam dokumenty i parę rzeczy do torby, ubrałam się i po 23 poszłam na postój taksówek, na oddział przyjęto mnie ok 24. Skurczy jeszcze nie było, po badaniach wstępnych podłączyli ktg na 30 min. Skurcze pojawiły się dopiero po 1 w nocy (słabe), a że spać nie mogłam (rada położnej by się przespać) to chodziłam po oddziale, po 2h skurcze przybrały na sile (znośne, rozwarcie 5 cm), po kolejnych 45 minutach leżałam już na porodówce, wystarczyły 3 parcia i ujrzałam moje szczęście które nosiłam pod serduchem

a będąc już na sali poporodowej wysłałam MMS-a do męża (6-7 rano) ze zdjęciem malutkiej, to w odpowiedzi odesłał "naprawdę czy żarty sobie robisz?". Był w szoku, ponieważ poprzedniego dnia poszłam spać nic nie mówiąc a on rano się budzi a tu foteczka bobaska

Na następny dzień był już w szpitalu i cieszył się córcią
Sam poród wspominam dobrze, ból był znośny, poród lekki, gorzej wspominam zakładanie szwów bo mimo znieczulenia miejscowego ból był gorszy od samego porodu