Niespodziewanka

Gotowa na wszystko

Dołączył(a): 25 stycznia 2012

Ostatnio na stronie: 13 lipca 2015, 6:41

Liczba punktów: 9230

  • Niespodziewanka: 10 lat i mój "dorobek"

    24 sierpnia minęła 10 rocznica naszego ślubu. Trzy dni wcześniej wyszłam ze szpitala z Wiktorkiem i w całym tym zamieszaniu jakoś nie było czasu pomyśleć nad specjalnym świętowaniem.

    Ale oboje pamiętaliśmy i po prostu wybraliśmy się całą piątką na obiad do restauracji, potem na spacer i na lody.

    Było fajnie, Wiktor przespał całe "świętowanie", Kubuś i Julcia byli w miarę grzeczni, także można uznać, że 10 rocznica została uczczona.

    A to nasz dziesięcioletni "dorobek" (a tak na poważnie to, co najważniejsze, najpiękniejsze i najbardziej wartościowe w moim życiu):

    2 komentarze  | zaloguj się aby komentować »
    • cesarka (1 września 2012, 11:20) Piękne i wzruszające. Niebawem i mnie te "święte" chwile czekają. Oby ich jak najwięcej. Pozdrawiam.
    • oNa (1 września 2012, 11:02) fajne dzieciaczki :)
      super że świętowanie się udało :) życzę kolejnych 10 lat szczęścia i kolejnych i kolejnych..... :) )
  • Niespodziewanka: Przeterminowany ;)

    Wiktor złamał rodzinną tradycję- Kubuś i Julcia rodzili się dokładnie dzień przed terminem, a Wikuś od początku chciał zaznaczyć swoją niezależność i si troszkę przeterminował ;)

             17 sierpnia, czyli w dzień porodu wynikający z ostatniej miesiączki, poszłam do szpitala na oddział ginekologiczny. Badanie ginekologiczne- rozwarcie na dwa palce, usg- wszystko w porządku, przepływy ok, wód płodowych odpowiednia ilość, łożysko dojrzałe, młody około trzy i pół kilo, ktg- skurcze są, ale niewielkie. Mój ginekolog podsumował, że weekend czekamy, a ewentualnie w poniedziałek pomyślimy nad przyspieszeniem. Mam się dużo ruszać i chodzić po schodach ;)

    Ok, czekam… I chodzę po schodach, aż mi się robią zakwasy ;)

             18 sierpnia upływa mi na chodzeniu 3 razy dziennie na „brzuszki”, co w szpitalnej mowie bynajmniej nie oznacza ćwiczeń, tylko słuchanie tętna, dwa razy dziennie na ktg, oddaję krew i mocz, chodzę po schodach, idę z mamą na lody (mama też w szpitalu od początku wakacji), odwiedziny, gazetka, pogawędki ze „współlokatorkami” i tak dalej. Wieczorem spotykam się ze swoją położną, bada mnie i mówi, że w takim stanie nic lepiej nie przyspieszać… Kurde, nikt mi nie chce pomóc ;) Mówi mi jeszcze, że chodzenie po schodach nic nie da, żebym lepiej porządnie masowała brodawki, jakby dziecko jadło z piersi.

             Wieczorem włączamy na sali telewizor, leżę i masuję te cholerne brodawki przez prawie całą „Legalną blondynkę” ;) Na reklamach schodzę na dół do automatu z colą- mam straszną ochotę na colę, a pamiętam, jak przed pierwszym porodem nie zdążyłam zjeść Marsa, przed drugim czipsów i przez cały okres karmienia za mną chodziły te „smaczki” ;)

             19 sierpnia budzę się o 6:30, dziewczyny śpią, zamierzam iść pod prysznic, ale najpierw masuję brodawki, bo jak to robić w dzień, tak przy ludziach ;) O 6:55 mam dość, wstaję z łóżka i… CHLUP!!! Odeszły mi wody :) RODZĘĘĘĘ!!!!!! :)

             Idę do pielęgniarek i mówię, że odeszły mi wody i idę pod prysznic. Te śmieją się, że żaden prysznic, tylko pakuję się i jadę na porodówkę!

    No więc pakuję się i idę sama, nikt mnie wozić na wózku nie będzie ;) Pielęgniarka niesie mi torbę i co stopień pyta, czy dam radę, a schodzimy tylko jedno piętro :)

             I tak trafiam na porodówkę, gdzie dopinam swego i biorę prysznic, przecież nie będę witać dziecka taka nieumyta ;)

             Przyjeżdżają mąż i moja położna i zaczyna się…

             A kończy o 10:40 przyjściem na świat Wiktora, który waży 3800g i mierzy 57cm i jest oczywiście najpiękniejszym dzieckiem na świecie- na równi ze swoim braciszkiem Kubusiem i siostrzyczką Julcią :)

    Na zdjęciu Wiktor tuż po urodzeniu bierze się do jedzenia :)

    1 komentarz  | zaloguj się aby komentować »
  • Niespodziewanka:

    21 lutego 2006 roku

    Około 1:00 w nocy poczułam skurcze. Wstałam i zaczęłam mierzyć odstępy czasu pomiędzy kolejnymi skurczami, najpierw było to 5 minut, potem 3, zadzwoniłam więc do swojej położnej. Kazała przyjechać do szpitala. Obudziłam męża, wykąpałam się i pojechaliśmy. Zanim położna mnie zbadała, przebrałam się, zarejestrowałam, to na salę porodową weszłam około 3:00 w nocy.

    O 5:40 przyszedł na świat Kubuś- 4050g, 54cm- mój pierworodny :)

     

    2/3 grudnia 2007 roku

    Termin porodu Julci wyznaczony był na 4 grudnia, ale ponieważ na usg wyszło za stare łożysko, musiałam położyć się kilka dni przed terminem do szpitala. W niedzielę 2 grudnia późnym wieczorem, między 21:00 a 22:00 odeszły mi wody- niewiele, myślałam nawet, że popuściłam, ale to był początek porodu. Zadzwoniłam do mamy, żeby jechała do nas zostać z Kubusiem, do męża, że zaraz będzie mama i niech się zbiera do szpitala i do swojej położnej, że rodzę. Pielęgniarka przewiozła mnie na porodówkę, lekarz zbadał (dopiero wtedy całkiem odeszły mi wody).

    O godzinie 0:45 przyszła na świat Julcia- 3250g, 55cm- moja córeczka :)

     

    14 sierpnia 2012 roku

    Około 2:00 w nocy obudziły mnie skurcze. Wstałam i podobnie jak za pierwszym razem zaczęłam mierzyć odstępy między kolejnymi skurczami. Były dość silne i regularnie co 5 minut. Moja położna powiedziała mi wcześniej, żebym szybko do niej dzwoniła, jak coś się będzie działo, bo skoro tak szybko rodziłam poprzednie dzieci, to trzeci poród może trwać godzinę… Zadzwoniłam około 4:00, wykąpana. Kazała przyjechać do szpitala. Zadzwoniłam do taty, żeby przyjechał do dzieci, obudziłam męża i pojechaliśmy.

    Zarejestrowałam się, przebrałam, położyłam na łóżku porodowym i położna podłączyła mnie do ktg. Skurcze niewątpliwie były- średnie i regularne, ale… rozwarcie na palec. „Chyba to fałszywy alarm”- powiedziała moja położna. A ponieważ była po nocce, została ze mną do 8:00 i po kolejnym ktg i badaniu- tym razem przez lekarza, bez zmian rozwarcie na palec- umówiłyśmy się, że pojedzie do domu, prześpi się i będziemy w kontakcie, a mnie zostawia pod opieką dobrej koleżanki.

    No i zostałam, ale to był okropny dzień. Był obchód, stwierdzili, że jeśli nie będzie zmian, przeniosą mnie na ginekologię i zostanę do porodu w szpitalu- czyli po terminie jeszcze 2 tygodnie, zanim zaczną wywoływać, tak jest standardowo w tym szpitalu. I tak sobie czekałam, w sumie nie wiadomo, na co, położne nie wiedziały, co ze mną robić, ja raz miałam skurcze, raz nie. W końcu pojawił się mój lekarz i od niego dowiedziałam się, że będę miała usg i potem pogadamy, więc czekałam i czekałam, wreszcie jakiś średnio rozgarnięty lekarz przyszedł po mnie, zabrał na ginekologię i tam zrobił usg. Piszę „średnio rozgarnięty”, bo jeździł mi po brzuchu, jeździł, wreszcie spojrzał na mnie zdenerwowany i zadał mi następujące pytanie: „no gdzie jest ta nóżka???”. Spojrzałam na niego i nic nie powiedziałam, bo nawet nie wiedziałam, co…

    Wróciłam na salę porodową i czekałam na swojego lekarza, wreszcie mąż sam po niego poszedł i dowiedziałam się, że jeszcze ktg mam mieć zrobione świeże i jeśli zapis będzie ok, mogę wypisać się na własne żądanie i w czwartek przyjść do szpitala bezpośrednio do niego na ktg.

    Podczas ktg jakaś położna przyniosła mi moją dokumentację i kazała podpisać, że wychodzę na własne żądanie. Ja półprzytomna- nie spałam od 2:00 w nocy, nie dostałam nic do jedzenia, nie wiedziałam, jakie są plany wobec mnie- zaczęłam podpisywać. Położna spojrzała na trwające ktg i spytała, czy nie czuję widocznych w zapisie skurczy. Odpowiedziałam, że czuję, ale ona daje mi w trakcie zapisu dokumenty do podpisu, że wychodzę i ja już zgłupiałam… Zabrała mi częściowo podpisane dokumenty i wyszła, za to przyszedł ten lekarz od usg, że mam zlecone badanie, ale położna, pod opieką której mnie zostawiła ta moja położna zaczęła mu mówić, że ja się wypisuję na własne żądanie, więc lekarz się zdenerwował, że po co ma mnie badać, skoro wychodzę, ja na to, że przecież jestem i w ogóle nie rozumiem całego zamieszania, że położna mi jakieś papiery daje w trakcie ktg, to się lekarz z położna posprzeczali, w końcu zbadał mnie, ale rozwarcie było nadal na palec, choć skurcze dość silne.

    Koniec końców rozpłakałam się… Oczekiwałam, że lekarz przedstawi mi sytuację i na tej podstawie zdecyduję, czy chcę iść na ginekologię, czy wracam do domu. Niestety przede wszystkim zawiódł przepływ informacji- ani położne, ani ja, nikt nie wiedział, że po obchodzie lekarze ustalili, że będę mieć usg, ktg, badanie ginekologiczne i wtedy zapadnie decyzja, a trwało to do mniej więcej 8:00 do 15:00- czekanie na cokolwiek i pytania położnych, co ze mną robić…

    Zostałam potraktowana jak wariatka, która chce wyjść na własne żądanie. Z jednej strony miałam wrażenie, że położne chcą się mnie pozbyć z porodówki, bo skoro nie rodzę to po co mam im zawracać głowę, z drugiej, że lekarz się obraził, bo chcę sama się wypisać.

    W końcu zadzwoniłam do swojego ginekologa, bo już wyszedł i ustaliliśmy, że wypisuję się na własne żądanie i przychodzę w czwartek na ktg.

    Wróciłam do domu wymęczona i fizycznie, i psychicznie, zdenerwowana i rozgoryczona..

    Tym razem nie mogę napisać godziny, gram, centymetrów, śmieję się przez łzy, że muszę odpokutować dwa poprzednie łatwe i szybkie porody…

    1 komentarz  | zaloguj się aby komentować »
    • dota_88 (15 sierpnia 2012, 23:59) Zazdroszcze takich szybkich porodów, tez tak bym chciala ;]
      Ale w szpitalu sie cyrki dzieją, ehh
  • Niespodziewanka: Tik- tak, tik- tak, tik- tak…

    Wczoraj obudziłam się- jak na siebie- bardzo późno, bo o 8:30; wszystkie moje dzieci, łącznie z tym nienarodzonym, dały mi pospać :)

             Dziś, chyba z wrażenia, obudziłam się z mężem o 4:40- mąż do pracy, a ja- nie wiem, po jaką cholerę ;) Chyba żeby wydłużyć to czekanie... A moje czekanie zmieniło się z tygodni w dni- 6 dni do mojego porodu…

             Tik- tak, tik- tak, tik- tak… Odliczam, czekam, a właściwie przeczekuję kolejne dni.

             Wczoraj zrobiłam, co miałam zrobić i poszłam z dzieciakami na dwór. Niestety doszłam do wniosku, że do porodu już z nimi nie wychodzę- po pierwsze już za nimi nie nadążam, a jeszcze- blondynka- wzięłam im wczoraj hulajnogi, po drugie jak mnie jeszcze jakiś sąsiad/ koleżanka/ ekspedientka zapyta "jeszcze pani nie urodziła?", to normalnie zamorduję!!!!!

    Wiktor synu, bryka Twoja wczoraj przyjechała, lampkę nocną Ci kupiłam, ubranka, w wielkich bólach, poprasowałam, łóżeczko  czeka, pomalowane 3 razy, brakujący ochraniacz już dawno jest, wszystko gotowe!!!

    Wyłaź, bo będziesz miał matkę wariatkę (większą, niż jest w tej chwili ;) ).

    2 komentarze  | zaloguj się aby komentować »
    • Niespodziewanka (11 sierpnia 2012, 10:33) Yellowsun ja też już reaguję agresywnie, ale to silniejsze ode mnie... Wczoraj, jak ekspedientka zapytała "jeszcze pani nie urodziła", spojrzałam wymownie na swój brzuch i odpowiedziałam- "jak widać jeszcze nie". Sąsiadka pytała "jeszcze nie, to kiedy wreszcie urodzisz?", a ja warknęłam "nie wiem, nie jestem wróżką".

      I zgadzam się z Tobą- przecież jak urodzę, to sama wszystkim powysyłam sms czy mms!!!
    • yellowsun (11 sierpnia 2012, 9:41) Na pytania typu, "Jeszcze Pani nie urodziła" reaguję troszkę agresywnie ostatnio ;] Najgorsze, że nawet nie wychodzenie z domu mi nie pomaga, bo tymi pytaniami, atakują ze wszystkich stron :P Codziennie telefon od siostry, czy urodziłam, smsy od koleżanki, a dziś nawet na fb inne koleżanka mnie przyatakowała pytaniem "I jak tam, urodziłaś?" :P

      Przecież jak urodzę, to będę chciała sama opowiedzieć o tym całemu światu :P

      Niestety, na takie pytania nie znam dobrej odpowiedzi... ;]
  • Niespodziewanka:

    1 tydzień jeden dzień do mojego porodu… Tia… Wiktorek jakoś się nie spieszy…

             W poniedziałek byłam u dr P. i stwierdził po badaniu i usg: „może pani rodzić”. Hmm, niby jak- siłą woli? ;)

             Zalecił aktywność ruchową, np. chodzenie po schodach no i seks. Cóż, to pierwsze próbuję wcielać w życie, to drugie raczej odpada… Po prostu wcale a wcale nie mam ochoty na seks, a przez dwa lata bezowocnych starań o pierwsze dziecko, choć to było tak dawno, przedmiotowe traktowanie seksu, tym razem by przyspieszyć poród, jakoś mnie nie pociąga…

    We wtorek odszedł mi czop śluzowy, tym razem jakoś tak stopniowo, nawet wczoraj coś tam się „zaplątało”, miałam też parę skurczów, ale wczoraj już nic, ani skurczy-by-ka ;)

    I tak sobie siedzę jak na bombie zegarowej, bo teoretycznie w każdej chwili mogę urodzić, wszystko jest na to przygotowane i pozostaje mi tylko czekać na wybuch.

    Póki co wybucham z emocji- wczoraj Julka po raz pierwszy wywinęła mi taki numer, że na dworze zniknęła mi na dłuższą chwilę z oczu- wyszła ze mną wieczorem do sklepu i biegła przede mną, aż przyspieszyła na tyle, że już jej nie widziałam za zakrętem, a jak mi się udało doturlać, jej nie było… Okazało się, że sama weszła do sklepu i tam na mnie czekała. A ja, ledwo łapiąc oddech, z sercem w gardle i głową pełną najczarniejszych myśli, wyciągnęłam ją z tego sklepu na siłę i tak ochrzaniłam, że oczywiście wzbudziłam zainteresowanie ludzi, ale trudno- ona musi wiedzieć, że tak robić nie wolno!!!

    Między 22:00 a 23:00 Kubuś postanowił dołączyć do „denerwowaczy” i tak się rozkaprysił, że znowu musiałam się powkurzać i powydzierać. Wygrałam próbę sił, zasnął, tylko że ja już zasnąć nie mogłam- moje jeszcze nienarodzone dziecko postanowiło sobie urządzić dyskotekę, a może odreagować nerwy i krzyki wyrodnej mamusi i tak się wiercił, tak mnie kopał, tak napierał na szyjkę, że o spaniu nie było mowy… Czułam się poturbowana od wewnątrz…

    Mam nadzieję, że dziś będzie lepszy dzień- pod względem wybuchów. Że jedyny wybuch w najbliższym czasie, to będzie poród, a nie moje emocje…

    3 komentarze  | zaloguj się aby komentować »
    • Niespodziewanka (11 sierpnia 2012, 6:29) Oj tak dziewczynki, końcówka najbardziej daje się we znaki. Dzięki za miłe słowa, jakoś wytrzymam- nie mam innego wyjścia ;)
    • Dynamitka1 (9 sierpnia 2012, 21:34) Dasz radę już tak niewiele Ci zostało. Trzymam kciuki !! Bo wiem ze końcówka potrafi wykończyć...
    • oNa (9 sierpnia 2012, 13:01) życzę udanego i mało bolesnego Urodzenia maleństwa :)
      takie czekanie chyba jest najgorsze ! dasz rade powodzenia
  • Niespodziewanka:

    2 tygodnie do mojego porodu… Żyję tym odliczaniem z nadzieją, że Wiktor nie zechce się „przenosić”, zwłaszcza, że oba poprzednie porody były o czasie, a właściwie dokładnie dzień przed terminem.

             Jest mi bardzo ciężko… Mąż jest albo w pracy, albo na budowie. Mama z tygodniową przerwą od początku wakacji w szpitalu. Tata niestety jest na tyle niesprawny, że ledwo daje radę zająć się mamą, odwiedzić ja w szpitalu, zrobić potrzebne zakupy, mi już nie jest w stanie pomóc. Teściowie po zabraniu dwa tygodnie temu dzieci na tydzień nad morze wyczerpali swój limit litości dla zwierząt- czyli dla mnie…

             Do tego wszystkiego wkurza mnie ludzkie gadanie… Wchodzę do sklepu, spotykam sąsiadkę, widzę się ze znajomą, dzwoni koleżanka- wszyscy te same pytania: „ile jeszcze”, „kiedy rodzisz”, „jeszcze nie urodziłaś???”.

             Nie, kurdę, jeszcze nie urodziłam!!! Już potrafię nie odebrać telefonu, bo nie chce mi się wciąż mówić, że jeszcze nie urodziłam…

             A mój mąż przeszedł wczoraj siebie samego! Dołączył do nas na placu zabaw, bo trochę wcześniej wrócił z budowy i jak wróciliśmy do domu, stwierdził, że jest głodny (a było ok. 18:00, zazwyczaj później jemy). Usiadłam do komputera, a za chwilę słyszę: "no co z tą kolacją?" Jak powiedziałam, że jestem w zaawansowanej ciąży i może by tak sam sobie zrobił, stwierdził, że przecież jeszcze chodzę...

    Później oglądaliśmy razem tv i w trakcie reklamy Urinalu mówi- "może sobie kupisz, bo ciągle do toalety chodzisz"; no bez komentarza ;)

    A wieczorem kąpał dzieci, a ja się wyciągnęłam na rozłożonej kanapie, nogi w rozkroku, już mi w każdej pozycji niewygodnie, a mąż wszedł do pokoju i mówi: "no proszę, takiej to dobrze!"

    We mnie jakby diabeł wstąpił ;) Najpierw się darłam, potem płakałam, mąż tłumaczył, że przecież on cały czas sobie żartuje, że nic mi nie można powiedzieć.

    Więc mu powiedziałam, że rzeczywiście jak ma mi tylko takie rzeczy do powiedzenia, to niech się lepiej nie odzywa ;)

    Wiem, przesadzam, jestem przewrażliwiona, ale naprawdę nerwy utrzymać na wodzy jest mi strasznie trudno, siedzę jak na bombie zegarowej, która już w każdej chwili może wybuchnąć i poczucie humoru w tej sytuacji, kiedy rzeczywiście co chwila muszę iść do toalety, kiedy puchnę jak balon, kiedy ani siedzieć, ani leżeć, ani stać, jakoś mi się przytępiło…

    0 komentarzy  | zaloguj się aby komentować »
  • Niespodziewanka: Wymiękam II

    2 tygodnie i 5 dni do mojego porodu… Chyba po raz pierwszy tak bardzo zależy mi na szybkim upływie czasu w wakacje… Tym razem jest zupełnie inaczej- po pierwsze coraz gorzej znosić już ciążę w te upały, po drugie i tak po wakacjach nie wracam do pracy, więc ich koniec nie oznacza dla mnie końca wolnego.

             Mój poprzedni wpis o „wymiękaniu” dotyczył dnia. Tym razem wymiękam po nocy…

             Niby nie byłam jakoś bardzo zmęczona po wczorajszym dniu. Pojechaliśmy wszyscy na budowę, dzieciaki jak zawsze to pomoczyły się w baseniku, to pobawiły w piasku, to poleżały na leżaku i poczytały swoje gazetki, to poganiały się. Mąż z teściem układali na podłodze styropian, a ja siedziałam, czytałam książkę, zajmowałam się dziećmi i przygotowałam ciepły posiłek. Niby nic…

             Poszłam spać około 23:00, byłam śpiąca i zasnęłam dość szybko. Mąż był w pracy, więc miałam całe łóżko dla siebie. I cóż z tego… Obudziłam się po dwóch godzinach zlana potem, włosy przykleiły mi się do poduszki, ramiączka koszulki były mokre, wszystko mnie bolało, w żadnej pozycji nie było mi dobrze… Podniosłam się i dostałam momentalnie takiej zgagi, że aż bolało, parzyło w przełyku…

             Wyszłam na balkon, ale noc wcale nie przyniosła ochłodzenia. Nawet metalowy pręt barierki był jeszcze ciepły…

             Położyłam się w świeżej koszulce, spięłam włosy gumką i usiłowałam zasnąć. Zgaga paliła niemiłosiernie… Do pełni szczęścia zaatakował mnie wściekły komar. Pojedynek zakończył się 4:0- ukąsił mnie w czterech miejscach, a mi nie udało się go upolować…

             Jakby tego było mało, obudziła się Julka, rozpaczając, że nie może zasnąć, ale że chce jej się spać…  

             Chodziła, jęczała, wreszcie zasnęła obrażona, że nie położyłam się z nią i nie zaśpiewałam kołysanki.

             Do kompletu pozostał jeszcze Kubuś, który budzi się w nocy sporadycznie, w odróżnieniu od co noc wędrującej Julki. Ugryzł go komar w piętę i marudził, że nie może się podrapać… Podrapałam go i zasnął, mrucząc coś pod nosem o podłym komarze.

             Zasnęłam i ja, ale po 6:00 Wiktor uznał, że już się wyspał i zaczął się wiercić w brzuszku, uderzając w mój pełny pęcherz…

             Wstałam… Poszłam do toalety i wróciłam do łózka z nadzieją, że jeszcze zasnę. Jak to mówią- nadzieja matką głupich…

    Piję kawę, mąż odsypia nockę, dzieci jeszcze śpią. Zapowiada się kolejny upalny dzień…

    2 tygodnie i 5 dni do mojego porodu… Niech się ktoś nade mną zlituje…

     

    2 komentarze  | zaloguj się aby komentować »
    • Niespodziewanka (11 sierpnia 2012, 6:30) Dzięki magda_lenko! Tobie też zleci- jak to mówią po połowie już z górki :)
    • magda_lenka (31 lipca 2012, 8:45) jesteś już na finiszu. Przede mną jeszcze pełnych 20 tyg. Na szczęście to pierwszy bobas. Trzymam mocno kciuki i życzę wytwałośći do samiuśkiego końca :)
  • Niespodziewanka: Wymiękam...

    2 tygodnie i 6 dni do mojego porodu… Jak pomyślę, że Wiktor chciałby jeszcze spędzić tydzień czy dwa więcej w moim brzuchu, bo przecież to jest plus minus 40 tygodni, to wymiękam…

             Bardzo liczę na ten „minus”- że jednak może pojawi się na świecie nieco wcześniej.

             Jest mi ciężko, coraz ciężej; pogoda na pewno nie pomaga… Puchnę już od rana, palce u dłoni mam jak paróweczki, stopy i łydki obrzmiałe, ciągle biegam do toalety, do tego ta duchota potęguje trudności z oddychaniem.

             Wyszłam wczoraj do sklepu po arbuza, który jest ostatnio moim ulubionym „daniem” i jak wróciłam, wyglądałam jak ryba wyrzucona na brzeg- mokra, łapiąca oddech przez otwarte usta…

             W ogóle wczoraj czułam się fatalnie. Na szczęście mama zabrałam po 12:00 dzieciaki do swojej koleżanki na działkę pod lasem, także większą część dnia spędziłam nago na kanapie w bezruchu pod wentylatorem… Tak przeżyłam ten dzień…

             Dziś od rana też duchota, parówa, zero wiatru. Mąż idzie dziś na nockę, ale pewnie będzie chciał (a właściwie musiał) jechać na budowę. Może przejedziemy się wszyscy, dzieciaki znowu pomoczą się w baseniku, pobawią w piasku, pobiegają, a ja posiedzę w cieniu…

             Czy nie mogłoby być po prostu ciepło i słonecznie? Czemu tylko skrajności- albo upał nie do wytrzymania, albo deszcz i zimno???

     

    2 komentarze  | zaloguj się aby komentować »
    • Niespodziewanka (29 lipca 2012, 8:02) Bliziutko, ale jakoś się ten czas dłuży... Tak duże upały to nawet dla dzieci nie są korzystne, na placach zabaw, przynajmniej u nas, brak cienia. No- to nawet w komentarzu pomarudziłam ;) Pozdrawiam Cię serdecznie szczesliwa_mamusiu!
    • szczesliwa_mamusia (28 lipca 2012, 10:32) Niespodziewanko
      pocieszające jest to, że do rozwiązania mamy już bliziutko ;) Czas szybciutko leci, pogoda może nie sprzyja nam - ciężarnym - za bardzo, ale jaką frajdę sprawia dzieciom :) Nieprawdaż?
  • Niespodziewanka: 1 miesiąc do mojego porodu

    Mam tu na fajnej mamie suwaczek ciążowy, zresztą skoro termin mam na 17 sierpnia, to sama dam radę obliczyć, że do mojego porodu został miesiąc ;)

             W związku z tym zwracam się do Ciebie kochany syneczku: z dwutygodniowym wyprzedzeniem informuję Cię o rozwiązaniu umowy wynajęcia mojego brzuszka :) Sam pomyśl- w moim brzuszku jest Ci już bardzo ciasno, czuję, jak się rozpychasz i mam wrażenie, że jest Ci niewygodnie. Za dwa tygodnie, kiedy skończysz 38 tygodni, spokojnie możesz pojawić się po tej stronie brzuszka :) Zapewniam Cię, że jest tu bardzo ciekawie, czekają na Ciebie brat i siostra, czekają rodzice.

             Właśnie szykuję dla Ciebie kącik w naszej sypialni, kupiłam Ci dziś nowy przewijak, wybieram nową pościel.

             Także zapraszam Cię za dwa tygodnie do nas :) Chyba nie będę musiała załatwiać nakazu eksmisji ;)

    Mama

    4 komentarze  | zaloguj się aby komentować »
  • Niespodziewanka: Róża i jej kolce

    MOJE Macierzyństwo to róża w pełnym rozkwicie urzekająca niesamowitym zapachem i intensywną barwą.

                    To rozbrzmiewający w uszach perlisty śmiech Kubusia i Julci wypełniający cały dom.

                    To tupot małych nóżek i rozpostarte ramiona mojego synka i mojej córeczki, którzy biegną się do mnie przytulić.

                    To ustka złożone w dzióbek, kiedy Kubuś czy Julcia chcą mi dać słodkiego całuska.

                    To szybsze bicie serca na dźwięk słowa „mama” wypowiadanego cienkim głosikiem.

                    To ufne spojrzenie moich dzieci, które wiedzą, że mama ochroni je przed każdym niebezpieczeństwem- wyskakującym zza płotu szczekającym psem, nadjeżdżającym autem itp.

                    To ocieranie łez i kojący całus, kiedy Kubusiowi czy Julci przydarzy się „wypadek”.

                    To przemieszczający się w moim brzuszku trzeci z moich prywatnych małych cudów.

     

                    Ale każda róża ma kolce... Pokłułam się kilka razy w ciągu ostatnich dni...

                    Bo MOJE Macierzyństwo to również nieprzespane noce od ponad sześciu lat.

                    To bieganie za małym niejadkiem z jedzeniem, choć obiecałam sobie nigdy tego nie robić.

                    To scena w sklepie, kiedy Julka za nic w świecie nie chce pogodzić się z tym, że kupujemy tylko jedną rzecz i rozpacza tak bardzo, że ludzie patrzą się na mnie, jakbym obdzierała ją ze skóry.

                    To bezsilność, kiedy Kuba bardzo nerwowo okazuje swoje niezadowolenie i na przykład, wykrzykując, że mnie nie kocha, obrywa firankę.

                    To bezradność, a czasem wybuch gniewu, kiedy moja córka po powtarzanym przeze mnie „nie”, „nie wolno” w końcu i tak zrobi po swojemu.

                    MOJE Macierzyństwo to bycie mamą 24 godziny na dobę, Kubuś i Julcia przyzwyczaili się do mojej obecności, do tego, że razem spędzamy bardzo dużo czasu, a od wakacji właściwie całe dnie i noce, a więc naturalną tego konsekwencją jest ich mamoklejkowatość. Kiedy kładę się do łóżka, żeby poleżeć, przybiegają do mnie ze swoją książeczką i czytamy, wtulają się przy tym we mnie, uderzając niestety brzuszek (a właściwie brzuchol), poza tym co chwila przynoszą nowe książeczki. Kiedy chcę się wykąpać, muszę zostawić otwarte drzwi, żeby mogli wejść, poasystować mi przy kąpieli, pobawić się pianą- po prostu mieć mnie na oku. Kiedy chcę pooglądać telewizję, wściekają się, hałasują, a ja połowy nie słyszę. Nie chcę, żeby zabrzmiało to jak żalenie się, jak skarga, kocham moje dzieci nad życie i jestem przyzwyczajona do takiego życia, czasem po prostu na te „niedogodności” nałoży się zmęczenie, gorszy humor, brzydka pogoda- ostatnie upały mnie wykańczają, dolegliwości ciążowe i gotowe- mieszanka wybuchowa.

                    MOJE Macierzyństwo to Sztuka, której uczę się z dnia na dzień i którą mam nadzieję w jak największym stopniu opanować.

                    MOJE Macierzyństwo to Wyzwanie, któremu mam nadzieję sprostać...

    2 komentarze  | zaloguj się aby komentować »
    • anuskka (10 lipca 2012, 18:29) Niespodziewanko ja tez identyfikuje sie z tym co napisalas.Choc wiekszosc z tego juz poza mna i przede mna jednoczesnie :) .Ale kocham to i uwielbiam byc MAMA -ta ktora pocieszy ,wie gdzie czego szukac,czasem porozstawia po katach.A kazdy buziak od moich starszych dzieci ,troska o mnie ,zwierzenia czy usmiech malenkiej i jej slodkie ufnie przytulone cialko upewniaja mnie w tym.
    • ewelinakb1 (10 lipca 2012, 7:50) Niespodziewanko- piękne jest to, co napisałaś i jakież prawdziwe... znam to skądś, a moja druga pociecha ma dopiero cztery i pół miesiąca... Ja wierzę w Ciebie i życzę Ci dużo siły i wytrwałości przy Twoje, już niedługo, trójce dzieciaczków... @-}--