Trzeci poród

  • nanu: Trzeci poród

    Na równo tydzień przed terminem moja ginekolog stwierdziła, że powinnam urodzić w przeciągu tych 7 dni ale gdyby jednak nic się nie ruszyło to mam się stawić w szpitalu w dniu przewidywanego porodu. Oni tam zdecydują co dalej ale lepiej żebym była pod ich opieką, bo łożysko już jest bardzo mocno dojrzałe.
    Dwa dni później zaczęło mnie "ćmić" w krzyżu. Oczywiście wiedziałam, że to zwiastuje poród ale kiedy on nastąpi? Idąc spać znowu czułam to tu czy tam delikatne pobolewania ale na dwoje babka wróżyła. Nic nie mówiłam mężowi, bo jeszcze bym zapeszyła ;) 
    O drugiej w nocy obudziłam się i poczułam skurcz promieniujący na krzyż. Oho, zaczyna się. Za 10 minut taki sam. Za kolejne 10 jeszcze jeden. I jeszcze. Ponieważ zmiany pozycji, chodzenie i inne czynności (syn chyba coś wyczuł, bo właśnie o tej 2 przyszedł do nas do łóżka i tak cały czas kursował między pokojami nie chcąc iść spać, a ja chodziłam za nim, przewinęłam go i zrobiłam mu mleko - wszystko podczas skurczy) nie wyciszyły ich, więc miałam pewność że to nie fałszywy alarm a zaczynam rodzić.
    W głowie spokojnie planowałam ostatnie rzeczy jakie muszę spakować (kanapki, sztućce, ładowarka od telefonu, dowód osobisty itp) i kiedy najlepiej będzie jechać do szpitala. Ponieważ skurcze były jeszcze bez problemów do zniesienia to postanowiłam, że pojadę gdzieś koło 7 lub 8. Lepiej jak najdłużej siedzieć w domu jeśli nic złego się nie dzieje.
    Mąż wstał żeby mnie zmienić przy usypianiu syna i mu mówię, że mam regularne skurcze i zaczynam rodzić. Pomógł mi się dopakować i stwierdził, że lepiej abym nie zwlekała ze szpitalem. W końcu stwierdziłam, że może faktycznie lepiej już jechać, bo chociaż mamy naprawdę bliziutko do szpitala (niecałe 10 minut spokojnej jazdy autem) to o tej 7 zaczynają się ogromne korki których nie da się ominąć i wtedy jazda może potrwać nawet ponad pół godziny. Ą ponieważ to mój trzeci poród i drugi nagle i bardzo szybko się rozkręcił no to mogę nie zdążyć dojechać. Jednak cały czas bałam się, że przyjadę za wcześniej i albo każą mi wracać do domu, albo jednak wszystko się wyciszy albo będę długo siedzieć w szpitalu.
    O zwartej chwycił mnie już taki skurcz, że stwierdziłam, że jadę bo ich siła właśnie wzrosła i są co około 6 minut.
    Ja pojechałam taksówką, mąż został w domu z dziećmi, miał rano zaprowadzić ich do żłobka i przedszkola zaraz na 7 i dojechać do mnie.

    W szpitalu położna stwierdziła rozwarcie na 2 palce i pytała czemu tak szybko przyjechałam. Wyjaśniłam wszystko i stwierdziła, że przyjmie mnie na oddział ale żebym na porodówce nie mówiła, że skurcze właśnie mi minęły (z nerwów w taksówce i na SORze nie miałam żadnego skurczu) bo położą mnie na patologii.
    Po wprowadzeniu na salę porodowa przyszedł czas na spokojne wypełnianie papierów i w tym czasie skurcze wróciły. Byłam jedyna na oddziale, więc była cisza i spokój, położne rozluźnione i w dobrych nastrojach ;)
    Położyłam się pod ktg o 5:18 i od razu przeklęłam na czym świat stoi, bo na leżąco skurcze już były naprawdę bolesne i tylko narastały. Około 6:20 wreszcie zostałam odłączona i spytałam położnej czy mogę dostać znieczulenie (poprzednie porody były bez a teraz już mam naprawdę dość i wolałbym rodzić bez tego bólu). Położna powiedziała, że może być już za późno. Gdybym powiedziała zaraz po wejściu na oddział to pobraliby mi krew na badania, wyniki byłyby teraz dostępne i ogólnie byłabym przygotowana do podania znieczulenia. A tak to dopiero teraz musiałaby pobrać mi krew i zacząć mnie szykować, a zanim przyjdą wyniki to może być za późno. Mówiąc to przeszła do zbadania jakie rozdarcie i mówi: no, nawet jakby pani na wstępie powiedziała, że chce znieczulenie to teraz już byłoby na nie za późno. Zaraz pani urodzi.
    Wstałam z łóżka i chociaż dalej bolało i poczułam, że rzeczywiście nie zostało dużo czasu to jednak łatwiej było znieść ból chodząc i stojąc niż leżąc. Każdy kolejny skurcz przynosił coraz mocniejszy ból i równocześnie miałam czas psychicznie się przygotować. Niedługo poczułam delikatną chęć parcia więc wezwałam położną. Ta znów mnie zadała i powiedziała żeby jeszcze nie przeć, bo nie ma pełnego rozwarcia - wody nie odeszły i pęcherz przeszkadza aby rozwarcie szybciej postępowalo. Trzeba czekać i mam wołać jak odejdą mi wody lub będę czuć naprawdę silna potrzebę parcia.
    Nastąpiła zmiana położnych, nowa położna przedstawiła się, szybko wysłuchała najpotrzebniejszych informacji od swojej zmienniczki, zadała mi kilka pytań i powiedziała że już wraca i rodzimy. Mnie już naprawdę mocno bolało, zagryzałam zęby żeby nie krzyczeć i tylko modliłam się o koniec każdego skurczu.
    Położna wróciła, pomogła mi się położyć, przyszła lekarka i dały sygnał "proszę przeć".
    Nie będę straszyć, więc tylko napiszę, że ze wszystkich trzech porodów to był najgorszy moment parcia. Cztery i dwa lata temu potrzebowałam tylko jednego parcia aby wypchnąć dziecko, a za pierwszym razem nawet nie pisnęłam. Tym razem potrzebowałam aż trzech podejść, strasznie krzyczałam i naprawdę się bałam, że nie dam rady. Starałam się słuchać i wykonywać polecenia położnej i lekarki, bo świetnie wiedziałam że idąc za ich wskazówkami pójdzie szybko i sprawnie ale tym razem tak bolało i jakoś tak było, że mimo chęci miałam problemy. Całe szczęście po tej trzeciej próbie wreszcie córeczka urodziła się i natychmiast zaczęła krzyczeć a ja mimo bólu odetchnęłam z ulgą. Pomimo mojej paniki nic złego się nie stało, nie było żadnych komplikacji, wszystko było dobrze. Jedynie położna stwierdziła, że za chwilę przyniesie mi kroplówkę z oksytocyną bo ma obawy o obkurczanie się mojej macicy, a nie chce żebym się wykrwawiła.

    Podsumowując: córka urodziła się o 6:55 ważąc równe 3kg i mierząc 57cm.

    Do domu wyszłyśmy już w drugiej dobie, bo nie mieli żadnego powodu aby nas dłużej trzymać ;)

    1 komentarz  | zaloguj się aby komentować »