nanu

Supermama

Dołączył(a): 14 września 2012

Ostatnio na stronie: 8 listopada 2017, 13:18

Liczba punktów: 46206

  • nanu: Trzeci poród

    Na równo tydzień przed terminem moja ginekolog stwierdziła, że powinnam urodzić w przeciągu tych 7 dni ale gdyby jednak nic się nie ruszyło to mam się stawić w szpitalu w dniu przewidywanego porodu. Oni tam zdecydują co dalej ale lepiej żebym była pod ich opieką, bo łożysko już jest bardzo mocno dojrzałe.
    Dwa dni później zaczęło mnie "ćmić" w krzyżu. Oczywiście wiedziałam, że to zwiastuje poród ale kiedy on nastąpi? Idąc spać znowu czułam to tu czy tam delikatne pobolewania ale na dwoje babka wróżyła. Nic nie mówiłam mężowi, bo jeszcze bym zapeszyła ;) 
    O drugiej w nocy obudziłam się i poczułam skurcz promieniujący na krzyż. Oho, zaczyna się. Za 10 minut taki sam. Za kolejne 10 jeszcze jeden. I jeszcze. Ponieważ zmiany pozycji, chodzenie i inne czynności (syn chyba coś wyczuł, bo właśnie o tej 2 przyszedł do nas do łóżka i tak cały czas kursował między pokojami nie chcąc iść spać, a ja chodziłam za nim, przewinęłam go i zrobiłam mu mleko - wszystko podczas skurczy) nie wyciszyły ich, więc miałam pewność że to nie fałszywy alarm a zaczynam rodzić.
    W głowie spokojnie planowałam ostatnie rzeczy jakie muszę spakować (kanapki, sztućce, ładowarka od telefonu, dowód osobisty itp) i kiedy najlepiej będzie jechać do szpitala. Ponieważ skurcze były jeszcze bez problemów do zniesienia to postanowiłam, że pojadę gdzieś koło 7 lub 8. Lepiej jak najdłużej siedzieć w domu jeśli nic złego się nie dzieje.
    Mąż wstał żeby mnie zmienić przy usypianiu syna i mu mówię, że mam regularne skurcze i zaczynam rodzić. Pomógł mi się dopakować i stwierdził, że lepiej abym nie zwlekała ze szpitalem. W końcu stwierdziłam, że może faktycznie lepiej już jechać, bo chociaż mamy naprawdę bliziutko do szpitala (niecałe 10 minut spokojnej jazdy autem) to o tej 7 zaczynają się ogromne korki których nie da się ominąć i wtedy jazda może potrwać nawet ponad pół godziny. Ą ponieważ to mój trzeci poród i drugi nagle i bardzo szybko się rozkręcił no to mogę nie zdążyć dojechać. Jednak cały czas bałam się, że przyjadę za wcześniej i albo każą mi wracać do domu, albo jednak wszystko się wyciszy albo będę długo siedzieć w szpitalu.
    O zwartej chwycił mnie już taki skurcz, że stwierdziłam, że jadę bo ich siła właśnie wzrosła i są co około 6 minut.
    Ja pojechałam taksówką, mąż został w domu z dziećmi, miał rano zaprowadzić ich do żłobka i przedszkola zaraz na 7 i dojechać do mnie.

    W szpitalu położna stwierdziła rozwarcie na 2 palce i pytała czemu tak szybko przyjechałam. Wyjaśniłam wszystko i stwierdziła, że przyjmie mnie na oddział ale żebym na porodówce nie mówiła, że skurcze właśnie mi minęły (z nerwów w taksówce i na SORze nie miałam żadnego skurczu) bo położą mnie na patologii.
    Po wprowadzeniu na salę porodowa przyszedł czas na spokojne wypełnianie papierów i w tym czasie skurcze wróciły. Byłam jedyna na oddziale, więc była cisza i spokój, położne rozluźnione i w dobrych nastrojach ;)
    Położyłam się pod ktg o 5:18 i od razu przeklęłam na czym świat stoi, bo na leżąco skurcze już były naprawdę bolesne i tylko narastały. Około 6:20 wreszcie zostałam odłączona i spytałam położnej czy mogę dostać znieczulenie (poprzednie porody były bez a teraz już mam naprawdę dość i wolałbym rodzić bez tego bólu). Położna powiedziała, że może być już za późno. Gdybym powiedziała zaraz po wejściu na oddział to pobraliby mi krew na badania, wyniki byłyby teraz dostępne i ogólnie byłabym przygotowana do podania znieczulenia. A tak to dopiero teraz musiałaby pobrać mi krew i zacząć mnie szykować, a zanim przyjdą wyniki to może być za późno. Mówiąc to przeszła do zbadania jakie rozdarcie i mówi: no, nawet jakby pani na wstępie powiedziała, że chce znieczulenie to teraz już byłoby na nie za późno. Zaraz pani urodzi.
    Wstałam z łóżka i chociaż dalej bolało i poczułam, że rzeczywiście nie zostało dużo czasu to jednak łatwiej było znieść ból chodząc i stojąc niż leżąc. Każdy kolejny skurcz przynosił coraz mocniejszy ból i równocześnie miałam czas psychicznie się przygotować. Niedługo poczułam delikatną chęć parcia więc wezwałam położną. Ta znów mnie zadała i powiedziała żeby jeszcze nie przeć, bo nie ma pełnego rozwarcia - wody nie odeszły i pęcherz przeszkadza aby rozwarcie szybciej postępowalo. Trzeba czekać i mam wołać jak odejdą mi wody lub będę czuć naprawdę silna potrzebę parcia.
    Nastąpiła zmiana położnych, nowa położna przedstawiła się, szybko wysłuchała najpotrzebniejszych informacji od swojej zmienniczki, zadała mi kilka pytań i powiedziała że już wraca i rodzimy. Mnie już naprawdę mocno bolało, zagryzałam zęby żeby nie krzyczeć i tylko modliłam się o koniec każdego skurczu.
    Położna wróciła, pomogła mi się położyć, przyszła lekarka i dały sygnał "proszę przeć".
    Nie będę straszyć, więc tylko napiszę, że ze wszystkich trzech porodów to był najgorszy moment parcia. Cztery i dwa lata temu potrzebowałam tylko jednego parcia aby wypchnąć dziecko, a za pierwszym razem nawet nie pisnęłam. Tym razem potrzebowałam aż trzech podejść, strasznie krzyczałam i naprawdę się bałam, że nie dam rady. Starałam się słuchać i wykonywać polecenia położnej i lekarki, bo świetnie wiedziałam że idąc za ich wskazówkami pójdzie szybko i sprawnie ale tym razem tak bolało i jakoś tak było, że mimo chęci miałam problemy. Całe szczęście po tej trzeciej próbie wreszcie córeczka urodziła się i natychmiast zaczęła krzyczeć a ja mimo bólu odetchnęłam z ulgą. Pomimo mojej paniki nic złego się nie stało, nie było żadnych komplikacji, wszystko było dobrze. Jedynie położna stwierdziła, że za chwilę przyniesie mi kroplówkę z oksytocyną bo ma obawy o obkurczanie się mojej macicy, a nie chce żebym się wykrwawiła.

    Podsumowując: córka urodziła się o 6:55 ważąc równe 3kg i mierząc 57cm.

    Do domu wyszłyśmy już w drugiej dobie, bo nie mieli żadnego powodu aby nas dłużej trzymać ;)

    1 komentarz  | zaloguj się aby komentować »
  • nanu: Drugi poród

    Właśnie przeczytałam na nowo swój opis pierwszego porodu i stwierdziłam, że warto zachować wspomnienia z drugiego.

     

    To był 36tc, sobota. Harmonogram dnia był bardzo napięty ponieważ własnie na ten dzień ustaliliśmy małe "przyjęcie" z okazji drugich urodziny córki. Ponieważ mąż dopiero kończył chorować, więc na mnie spadły całe poranne zakupy. Musiałam odebrać tort z cukierni i objechać nasze lokalne sklepy. Po powrocie jeszcze sprzątanie (wpadłam dosłownie w jego wir, zaczęłam bardzo dokładnie czyścić szafki w kuchni), bo mieli przyjechać moi rodzice z prezentami dla (jeszcze) najmłodszej wnuczki. Gdy przyjechali mogłam trochę odsapnąć. Po ich wyjeździe zeszliśmy przed blok żeby córka mogła pojeździć na nowo otrzymanej hulajnodze. Spędziliśmy dwie godziny na polu, ja jeszcze na piechotę wyskoczyłam do sklepu po jakieś pierdoły i gdy wróciłam to zarządziłam, że jednak pojedziemy z córką na dyżur, bo mam obawy że rozwija jej się znowu zapalenie oskrzeli. Oczywiście miałam rację ale ponieważ tak szybko zareagowałam to była szansa, że wystarczą same inhalacje bez antybiotyków. Wróciliśmy do domu, córka padła spać o 20:30 i my również zmęczeni całym dniem usiedliśmy do serialu zapowiadając, że dzisiaj już nic nie robimy i tylko leniuchujemy. Jeszcze tylko sprawdziłam w systemie wyniki badań i ku mojemu zaskoczeniu miałam wyniki GBSa i co bardziej zaskakujące - negatywne (w pierwszej ciąży miałam dodatni GBS).

    O 22 poszłam się kąpać i już rozebrana czekałam aż zimna woda spłynie z rur. Nagle czuję, że coś cieknie mi po nodze.... mam za swoje... trzeba było ćwiczyć mięśnie kegla.... szybko weszłam do wanny, wymyła się, zrobiłam całą wieczorną toaletę i podczas mycia zębów znowu czuję, że cieknie... Kurcze, przecież dopiero sikałam.... ubieram podpaskę leciutko zaniepokojona i wspominam o tym mężowi. On pyta czy może iść się kąpać czy lepiej nie, bo zaczynam rodzić. Nie wiedziałam czy żartuje czy jest poważny. Stwierdziłam, że może iść się kąpać, a ja idę spać. Położyłam się i przy każdym jednym ruchu czuję, że znowu cieknie a ja nie jestem w stanie w ogóle tego zatrzymać... w końcu wstałam sprawdzić podpaskę a ona jest cała ciężka. Wtedy do mnie dotarło z całą mocą - to wody płodowe.... serce zaczęło mi walić jak oszalałe, miałam łzy w oczach bo to za wcześnie!!! Do terminu jeszcze miesiąc!!!! Przez chwilę stałam niezdolna zebrać myśli ale w końcu powoli się ogarnęłam - dopakować torbę ("jak dobrze, że WRESZCIE spakowałam ją kilka dni temu!"), upewnić się czy mam wszystkie wyniki badań, wpadam do łazienki i mówię mężowi, że to wody płodowe i muszę jechać do szpitala. Mąż trochę przestraszony ale dzielnie trzymał fason. Zrobił mi szybko kanapkę, wezwał taksówkę i zapowiedział, że ponieważ nie może ze mną jechać to chociaż dopilnuje żebym wsiadła do taksówki, może córka przez ten czas nie obudzi się. Pomagał mi ubrać się pomimo lejących się strumieniem wód, które zbierały się w coraz większą kałużę w przedpokoju.

    Na izbie przyjęć powiedziałam z czym przyjeżdżam, dłuższą chwilę musiałam zaczekać na położną. Ta wypytała o przebieg pierwszej ciąży, szczegóły dotyczące tej i sprawdziła rozwarcie - 2cm - oraz potwierdziła patrząc na wkładkę, że to wody płodowe. Ponieważ badanie zrobiła bardzo boleśnie to przez to zaczęłam plamić i czop zaczął odchodzić (pierwszy raz zobaczyłam jak wygląda czop!). Zaprowadziła mnie piętro wyżej na porodówkę do tej samej sali w której rodziłam córkę, kazała przebrać się w koszulę, znów sprawdzono mi rozwarcie (znów cholernie boleśnie) i podłączono do ktg.

    Po skończonym ktg położne szybko zadały mi standardowy zestaw pytań do książeczki zdrowia dziecka (dotarło wtedy do mnie, że nie opuszczę już szpitala z dzieckiem w brzuchu), wydrukowałam na szpitalnej drukarce wyniki GBSa i przeszłam do sali na usg, bo lekarka wreszcie obudziła się. Według komputera synek miał mieć tylko 2200g ale wód płodowych było jeszcze wystarczająco dużo. Lekarka (ta sama, która robiła mi usg przy pierwszym porodzie) stwierdziła, że dadzą mi sterydy na rozwój płuc, kroplówkę na wstrzymanie akcji porodowej, położą na patologii ciąży i mooooooooooooooooooże uda się opóźnić poród chociaż o 24h bo wtedy dostanę drugą dawkę sterydów. Jeśli się nie uda - wracam na porodówkę rodzić.

    Jak zarządzono tak zrobiono - zebrałam swoje klamoty z porodówki, wenflon, krew do badania, kroplówka i na patologię. Tam zastrzyk w udo i instrukcja co robić gdybym musiała wracać. Było po pierwszej w nocy. Z emocji nie mogłam spać, bolało mnie biodro od zastrzyku i zaczęłam czuć, że coraz mocniej boli mnie miednica i ogólnie krocze. Zaczęłam sprawdzać co ile - najpierw co 5 minut, a wkrótce co 3 i coraz mocniej. Biłam się z myślami czy jeszcze zaczekać, bo może kroplówka musi zacząć działać czy jednak wzywać pielęgniarkę. Postanowiłam, że jeżeli do trzeciej skurcze nie miną to wzywam pomoc, ale tuż przed tą godziną zaczęłam przysypiać i gdy już prawie spałam nagle zorientowałam się, że skurcze minęły i nic mnie nie boli. W sekundę otrzeźwiałam i już więcej nie zasnęłam.

    O 6 przyszedł pielęgniarz przepiąć świeżą kroplówkę, o 7 ktg. Ponieważ wyjście do toalety jak i samo badanie wymagało ode mnie ruszania się tak skurcze powróciły. Na początku nieregularne i bezbolesne. Pielęgniarka popatrzyła na zapis (widziałam jak się rysują) i spytała czy je czuję. Odpowiedziałam, że tak ale jeszcze nie jest źle. Badanie się skończyło, podpięła elektrody ciężarnej łóżko obok i poszła. Zbliżała się ósma i nie wiedziałam jak długo mam czekać na lekarza, bo skurcze się rozkręcają. O 8 znów poszłam do toalety i już wiedziałam, że porodu nic nie zatrzyma. Wróciłam na łóżko i mówię do dziewczyn z pokoju,że mam bóle krzyżowe co 3 minuty. Jedna z nich od razu chwyciła za brzęczyk. Pielęgniarka wpadła i pyta o co chodzi. Wskazały na mnie, ja powtarzam to samo. Szybkie przewiezienie wózkiem do lekarza na badanie. W czasie jazdy pielęgniarka zwiększyła wypływ z kroplówki i spytała czy teraz lepiej. Odpowiedziałam, że tak. Skurcze teraz są ODROBINKĘ słabsze i co 4 minuty ;) Na fotelu rozwarcie na 4cm i widać główkę. Lekarz tylko rzuca - szybko przewozić na porodówkę i odłączyć kroplówkę. Prawie biegiem mnie przewozili ;) Ponieważ zajęta była sala na której byłam poprzednio to wylądowałam obok. Położna podłączyła mnie do ktg, była punkt 9 rano bo specjalnie popatrzyłam na zegar żeby wiedzieć ile będę podpięta. Odłączono mi kroplówkę i OD RAZU pojawił się potwornie bolesny skurcz i czułam chęć parcia. Położna zabroniła mi przeć i ja starałam się robić co tylko mogę by ignorować instynkt.

    Położna biegała jak wicher po sali wszystko przygotowując między skurczami, bo gdy tylko zaczynał się skurcz musiała przytrzymywać swoją ręką główkę synka, odpychać ją i rozmasowywać mi szyjkę aby rozwarcie jak najszybciej postępowało. Nie było to ani trochę przyjemne. Przy pierwszym porodzie byłam z siebie dumna, że nie krzyczałam. Tym razem nie byłam w stanie powstrzymać krzyków. Ból był ogromny, w języku ludzkim nie ma określenia mogącego oddać jego skalę. Między skurczami szybko zadzwoniłam do męża mówiąc mu, że niestety tym razem nie będzie go przy porodzie, bo to już prawie koniec. Rozłączyłam się i położna oznajmiła, że jeszcze tylko dwa skurcze.

    Pierwszy skurcz - ODDYCHAĆ!!! NIE PRZEĆ!!!!

    Drugi skurcz - JEST PEŁNE ROZWARCIE! PRZEĆ!

    Z jednej strony byłam szczęśliwa, że WRESZCIE mogę przeć, ale z drugiej ból wciąż był potworny ale chciałam mieć to już za sobą, bo przecież nie ma odwrotu. Tylko jedno parcie i koniec! Synek jest na świecie. Godzina 9:25. Położna z lekarką komentują, że maleństwo i nie wiedzą czy będzie 2kg. Szybko położyły mi go na brzuchu, rozmasowały, odcięły pępowinę, wyciągnęły z nosa śluz i jest pierwszy krzyk!! Wielki kamień spadł mi z serca. Zabrali synka do szybkiego badania, dopiero teraz zostałam odpięta od ktg, urodziłam łożysko, położna poinformowała, że nie nacinali ani nie pękłam. Lekarz podszedł z informacjami: waga 2050g, zdrowy chłopiec ale musi go zabrać do inkubatora żeby się nagrzał i odpoczął. Powoli lekarze zaczęli wychodzić z sali, ostatnia położna zawinęła synka w kocyk i jeszcze na moment dała mi go do przytulenia, włożyła do inkubatora i pojechała na intensywną terapię wcześniaków.

    A ja zostałam na sali zupełnie sama... po dwóch godzinach położna pozwoliła mi wstać i coś zjeść. Sama przeszłam do łazienki wykapać się i ogarnąć. Jeszcze jakiś czas się ponudziłam, ponieważ ciągle kapała ze mnie krew więc położna wstrzyknęła mi w wenflon oksytocynę, która mnie powaliła ;) Wtedy zdałam sobie sprawę, że przy pierwszym porodzie to była właśnie oksytocyna po której zaczęłam rzygać.

    Jeszcze pół godziny poleżałam na łóżku porodowym dochodząc do siebie i o własnych silach przeszłam na oddział noworodkowy, do tej samej sali w której leżałam z córką. Zostawiłam tylko torby przy łóżku i od razu poszłam zobaczyć się z synkiem.

    Spędziliśmy w szpitalu 9 dni. Pojawiła się niewielka żółtaczka ale na szczęście obyło się bez naświetlania. Jedynym problemem jaki miał synek to nie trzymanie ciepła. Wyniki wszystkich badań miał prawidłowe ale lekarze nie chcieli za szybko wypuścić nas do domu w trosce o jego zdrowie. chcieli być pewni, że nagle jego stan się nie pogorszy.

     

    Podsumowując sam poród: z jednej strony taki ekspresowy poród mniej męczy, po tych dwóch godzinach mogłam spokojnie iść do domu bo nie czułam wielkiego zmęczenia. Po pierwszym porodzie zemdlałam i musiałam dostać kroplówki i dopiero wieczorem miałam siłę zejść z łóżka żeby zobaczyć się z córeczką (również była na obserwacji ale nie intensywnej). Z drugiej strony ból był o wiele gorszy. Jednak to inaczej gdy ciało ma czas powoli i stopniowo przygotować się do porodu, wszystko toczy się w swoim tempie. Za drugim razem nie było na to czasu. Mój organizm jeszcze nie był gotowy ale nie było wyboru i trzeba było go maksymalnie pospieszać, bo dziecko ani myślało zaczekać. 6cm rozwarcia w 20 minut to nic przyjemnego.

    0 komentarzy  | zaloguj się aby komentować »
  • nanu: Wzięło mnie na wspominki ;)

    Z mężem byliśmy po ślubie już rok i coraz częściej rozmawialiśmy o dziecku. Obydwoje bardzo chcieliśmy się zacząć o nie starać ale równocześnie baliśmy się. Ja od niedawna zaczęłam wreszcie pracować, wciąż "tylko" wynajmowaliśmy mieszkanie, mąż myślał o zmianie pracy. Cały czas baliśmy się zrobić ten krok i dlatego co miesiąc, gdy przychodziły dni płodne (a owulacja w szczególności), nasze rozmowy wyglądały tak:

    - to może dzisiaj postaramy się o syneczka?

    - może lepiej jeszcze nie teraz....

    Wreszcie uzgodniliśmy, że nie ma co tak tego odwlekać w nieskończoność. Jeżeli postanowiliśmy, że nasze dziecko urodzi się na naszym (nie wynajmowanym) mieszkaniu, to trzeba zacząć się za czymś rozglądać. To był początek wakacji i ponieważ we wrześniu męża czekała obrona magisterki, więc uzgodniliśmy, że jak tylko ją zda to na poważnie zajmujemy się tematem mieszkania i może uda się kupić i przeprowadzić pod koniec starego roku albo na początku nowego. Ale przed obroną czekał nas jeszcze z dawna wyczekiwany urlop (który, zarazem, miał być zaległą podróżą poślubną). Niedługo przed wyjazdem mąż zaczął na poważnie przebąkiwać, że może byśmy we trójkę z niego wrócili... ponieważ stosowaliśmy NPR, więc wykres wskazywał na to, że owulację będę mieć tuż przed wyjazdem czyli jak mamy się starać to jeszcze na mieszkaniu, bo na wyjeździe już będzie musztarda po obiedzie (że tak to ujmę ;)). Niby wszystko było jasne, chęci były tylko wciąż brakowało tej odwagi.

    Owulacja przyszła tylko jakoś tak podejrzany wydawał mi się wykres. Teoretycznie wydawało się, że już jest po dniach płodnych ale powiedziałam mężowi, że coś mi się widzi, że one dopiero się zaczynają, a nie kończą. Stwierdziliśmy, że co ma być to będzie i tyle. A skoro wszyscy mówią, że zajść w ciążę wcale nie jest tak łatwo i szybko, więc pewnie nic z tego jeszcze nie będzie i oficjalnie zaczniemy starania po powrocie z urlopu, a dwie kreski zobaczę dopiero za kilka miesięcy, czyli w nowym roku.

    Pamiętam, że jadąc pociągiem już miałam pierwsze myśli, że jestem w ciąży. Starałam się je odganiać żeby się nie nakręcać, ale one wracały jak bardzo natrętna mucha. Podzieliłam się z mężem moimi przemyśleniami, a on bardzo spokojnie je przyjął. Urlop minął nam wspaniale i stale żartowaliśmy i rozmawialiśmy o ciąży. Niby okres miałam dostać właśnie na wyjeździe ale wiadomo jak to jest - zmiana klimatu swoje robi i nie byłoby dziwne gdybym dostała go dopiero po powrocie do domu. Postanowiłam, że jak temperatura nie spadnie mi przez cały wyjazd to w domu zrobię test. A póki co - będę normalnie wszystko jeść, mąż ma nie chuchać na mnie.

    Z jednej strony czułam się jak zawsze przed okresem (bolący brzuch, wrażliwe piersi, mdłości), ale kobieca intuicja nie dawała mi spokoju. Cały czas słyszałam głosik mówiący "jesteś w ciąży.... jesteś w ciąży...."

    Wróciliśmy do domu i, zgodnie ze swoim postanowieniem, następnego dnia rano kupiłam test ciążowy. Równocześnie robiłam pranie, więc płytkę zostawiłam na szafce i zajęłam się ciuchami. Czułam się normalnie i to był dopiero drugi dzień gdy spóźniał mi się okres, więc stwierdziłam, że ten test to głupota i i tak będzie jednak kreska, a zaraz potem dostanę miesiączkę. Wreszcie wróciłam do łazienki po pranie i zerknęłam na test. A tam dwie czarne i grube kreski.... żadnych wątpliwości, żadnego wpatrywania się pod odpowiednim kątem i w odpowiednim świetle czy tam jakiś cień drugiej kreski jest dostrzegalny...

    Potem poszło ekspresowo: pierwsza wizyta u lekarza, badania, szukanie mieszkania, załatwianie kredytu i przeprowadzka na SWOJE dokładnie dwa dni przed wigilią. Czyli jak jest odpowiednia motywacja to wszystko da się zrobić ;)

    A teraz kilka zdjęć:

    14 września 2012, czyli dosłownie kilka dni po potwierdzeniu ciąży

    19 grudnia 2012, czyli 5 (słownie: PIĄTY) miesiąc ciąży

    4 komentarze  | zaloguj się aby komentować »
    • Madzia.90 (19 listopada 2013, 15:49) Historia bardzo podobna do mojej :) A brzuszek faktycznie dość malutki ;)
    • Wiola91 (19 listopada 2013, 14:44) to nie tylko ja taki szczuplak w ciąży byłam. Brzuch pod koniec 6 miesiąca miałam taki jak Ty w 5, a przed porodem połowa tego co Ty przed porodem, a Witek urodził się 3330. Więc nie mam pojęcia gdzie się mieścił :)
    • sabinka2805 (19 listopada 2013, 12:42) ale brzusio to malutki mialas :) :)
    • Wrzesniowa (19 listopada 2013, 7:25) Ale z Ciebie chudzina była od początku do końca :) zazdroszczę!! Wspomnienia piękna sprawa :)
  • nanu: Poród

    Wielokrotnie zabierałam się za napisanie relacji, raz nawet napisałam ją ale nie zapisałam i przy próbie opublikowania wszystko skasowało się, więc muszę na nowo wszystko stworzyć. W końcu dzisiaj mija dokładnie 8 tygodni.


    Przewidywałam poród gdzieś w okolicach 15-17 maja, ale miałam nadzieję, że córeczka postanowi wyjść na kilka dni przed terminem. Od 6 maja zaczęłam chodzić do szpitala który wybrałam do porodu na KTG. Ku mojemu zaskoczeniu i rozczarowaniu z każdym badaniem skurcze wychodziły coraz słabsze i mniej regularne, a to powodowało myśli, że chyba jednak urodzę pod koniec maja, a nie daj Boże skończy się na wywoływaniu. Zwłaszcza, że według USG córeczka będzie bardzo drobna, więc może będzie chciała jak najdłużej zostać w brzuchy aby urosnąć ile tylko się uda.


    W sobotę 11 maja (39 tc) obudziłam się z bolącym krzyżem. Jednak nie był to silny ból, więc nawet o nim nie wspominałam mężowi. Ponieważ tego dnia mieli przyjechać w odwiedziny moi rodzice, więc przedpołudnie upłynęło nam na sprzątaniu mieszkania. Zauważyłam, że ból krzyża mija, gdy robię sobie przerwę w sprzątaniu i siadam na kanapie, więc stwierdziłam, że to nie jest zapowiedź porodu tylko po prostu plecy mówią, że za dużo się ruszam. Wizyta rodziców minęła bardzo przyjemnie, krzyż nic nie bolał więc szczerze mówiłam, że małej nic się nie spieszy na świat. Po wyjeździe rodziców z mężem zajęliśmy się "przyspieszaniem" porodu ;) Po wstaniu z łóżka znów krzyż zaczął się odzywać ale jak rano - nie był to silny ból jednak tym razem już napomknęłam o nim mężowi. Wieczór upłynął nam spokojnie i jak zawsze. Mąż pracował na komputerze, podzwonił po rodzinie bo kilka osób miało urodziny/imieniny i na pytania o zbliżający się poród odpowiadał że jeszcze trzeba czekać, ja wyszywałam, oglądałam tv. Koło 21 stwierdziłam, że jakoś tak coraz częściej i chyba regularniej boli mnie ten krzyż, więc z ciekawości postanowiłam patrzeć na zegarek co ile boli. Byłam mocno zdziwiona, bo bolało dokładnie co 10 minut. A w szkole rodzenia mówili, żeby przyjeżdżać do szpitala jak skurcze są co 10-15 minut. Ale mnie cały czas mało bolało, więc nie wiedziałam czy to już czy jednak nie. Powiedziałam o tym mężowi ale nie zrobiło to na nim wrażenia, bo widział po moim zachowaniu, że raczej nie ma pośpiechu. Wzięłam prysznic, zjadłam jeszcze kolację i cały czas zastanawiałam się co z tym fantem zrobić. Mąż też się wykąpał, usiedliśmy przed telewizorem na jeszcze jeden dokument i cały czas rozmawialiśmy czy faktycznie zaczynam rodzić czy to będzie fałszywy alarm. O 23 w końcu zarządziłam, że jedziemy do szpitala. Zrobią mi KTG i dowiemy się co dalej.

    Na izbie przyjęć położna stwierdziła rozwarcie jest na prawie 2cm (jakieś trzy tygodnie wcześniej na kontroli u lekarza było 1,5 cm), a po obejrzeniu zapisu KTG skomentowała, że skurcze są "fajnie regularne" i częste ale ich siła wciąż jest nie za duża co potwierdzam swoim zachowaniem. Pojechaliśmy wszyscy skonsultować to z lekarką, która dała mi wybór - mogę już zostać na porodówce ale nikt nie wie czy akcja się rozkręci, bo rano skurcze mogą zaniknąć. Albo mogę wrócić do domu i jeśli naprawdę zacznie mnie boleć to wtedy wrócę. Wybrałam drugą opcję. Kto wie, może faktycznie wszystko się wyciszy lub też ruszy dopiero rano, więc wolę spędzić noc we własnym łóżku.
    W domu zostawiliśmy torbę w przedpokoju i od razu poszliśmy spać. Po pół godzinie od położenia się poczułam pierwszy naprawdę mocno bolesny skurcz. Ale następny znowu był słaby. I kolejny tak samo. Ale następny znowu bardzo bolesny. I zaraz za nim też. I jeszcze jeden. I jeszcze. I są coraz częściej bo co 5 minut. Obudziłam męża i powiedziałam, że wracamy do szpitala. Tym razem już nie było wątpliwości, że się zaczyna. Położna nie podpinała mnie pod KTG tylko sprawdziła czy rozwarcie się zwiększyło. A ono już jest prawie na 3cm więc kazała mi się przebrać w koszulę i ruszamy na porodówkę. Zostałam na nią przyjęta dokładnie o 2:30 rano.
    Najpierw standardowo - wenflon w rękę, sprawdzenie wielkości miednicy, lewatywa (zdecydowanie polecam i przy następnych porodach również będę o to prosić) i czekamy na dalsze instrukcje. Położna kazała chodzić, korzystać z piłki jeśli chcę i ogólnie utrzymywać pionową postawę ciała, bo to przyspieszy schodzenie dziecka do kanału rodnego. Ponieważ GBS wyszedł u mnie pozytywnie, więc zaraz dostałam antybiotyk i poczłapaliśmy z mężem do dyżurki położnej aby uzupełnić kilka informacji w książeczce zdrowia dziecka. Równocześnie na oddziale jeszcze jedna kobieta rodziła i śmialiśmy się z jej krzyków "Ja już nie chcę rodzić! Ja się wycofuję!" ;) W którymś momencie na początku zostałam podłączona aż na godzinę do KTG. Wtedy też odkryłam, że leżenie na wznak jest ostatnią rzeczą, którą chcę robić podczas skurczu bo te są straszliwie bolesne. Ale co zrobić, trzeba leżeć. Położna co kilka minut wpadała sprawdzać zapis, a gdy jej nie było mąż obserwował jak się rysują skurcze i zauważył, że tych najmocniejszych maszyna jakoś nie rejestruje a te słabe wychodzą strasznie wielkie. Położną zaniepokoiła słaba ruchliwość małej ale wystarczyło podać mi trochę tlenu i już odczułam kopniaki. Gdy wreszcie mogłam na powrót wstać odczułam ulgę. Do pewnego stopnia ;)

    I tak sobie z mężem człapaliśmy po sali, skurcze miałam już co jakieś 3 minuty i wtedy zatrzymywałam się łapiąc za barierki, a mąż rozmasowywał mi krzyż. Co jakiś czas zaglądała do nas położna sprawdzić jak nisko mała jest w kanale rodnym i rozwarcie. Gdy była 4-5 rano dopadł mnie kryzys. Straszliwie bolało, byłam śpiąca, głodna i zmęczona (dosłownie zasypiałam między skurczami, nawet gdy chodziłam po sali) a nie wiedziałam ile jeszcze godzin to potrwa. Napomknęłam położnej gdy znów zaglądnęła do sali, że zaczynam rozważać znieczulenie. Ona odparła, że w takim razie muszę pospieszyć się z tym rozważaniem. Pochwaliła, że akcja postępuje bardzo ładnie, chociaż powoli, ale nie ma najmniejszych wątpliwości, że urodzę jeszcze tego samego dnia. W końcu pozwoliła mi się położyć na łóżku porodowym i trochę zdrzemnąć. Nie wiem ile "spałam" ale obudziłam się gdy znów weszła do sali. Pamiętam, że coś mi wstrzyknęła i wyraźnie powiedziała co to jest ale kompletnie nie pamiętam już co to było. Jak tylko zaczęła wstrzykiwać chwycił mnie straszliwie bolesny skurcz po którym zrobiło mi się niedobrze. Powiedziałam jej o tym, że kilka bardzo bolesnych skurczy powoduje u mnie mdłości. Odpowiedziała, że to zupełnie normalne i mam się nie przejmować jeśli faktycznie zwymiotuję z tego bólu. Jeszcze dobrze nie zamknęła za sobą drzwi gdy zaczęło mnie ciągnąć na wymioty. Mąż dzielnie trzymał mi głową gdy leżałam przewieszona przez poręcz łóżka próbując zwymiotować kompletnie pustym żołądkiem. W końcu zwymiotowałam żółcią i to był jeden jedyny raz gdy zwymiotowałam przez całą ciążę. Akurat gdy skończyłam wymiotować przyszłam nowa położna (dzienna zmiana) Przedstawiła się, poprosiła nas o imiona i zarządziła, że zaraz do nas wróci i wtedy pójdę na godzinę pomoczyć się w wannie, a jak z niej wyjdę to "rodzimy". Byłam w szoku jaka była pewna siebie i powoli zaczęło docierać do mnie jak niewiele czasu zostało do urodzenia się małej.
    W wannie było cudownie. Chociaż skurcze były wciąż strasznie bolesne to jednak czułam się odprężona i nie było mi tak ciężko panować nad oddechem w trakcie ich trwania. Z nudów liczyłam ile ich było za ten czas siedzenia w wannie i wyszło mi 17 ;) Humor miałam nardzo dobry, nie czułam się już taka śpiąca i zmęczona. Wreszcie położna przyszła i zarządziła szybkie badanie USG bo jeszcze mi go nie wykonywali na porodówce. Gdy tylko wyszłam z wanny podczas pierwszego skurczu poczułam, że rzeczywiście lada moment urodzę i położna nic a nic się nie myliła. Mąż pomógł mi się szybko wytrzeć i ubrać, dostałam podkład między nogi, na wypadek gdyby odeszły mi wody, i powolutku przeczłapałam do sali na USG. Podczas leżenia na kozetce myślałam, że właśnie tam urodzę. Skurcze już były potwornie bolesne, a leżenie na wznak tylko pogarszało sytuację. Do tego lekarka musiała za każdym razem czekać aż skurcz minie żeby móc małą pomierzyć i wszystko sprawdzić. Przez to badanie trwało ze 3 razy wolniej i tylko modliłam się aby wreszcie pozwoliła mi wstać. Podczas tego badania maszyna wyliczyła wagę córeczki na ponad 2800g ale pani doktor ze szczerością stwierdziła, że na pewno córeczka będzie ważyć mniej niż 2700g. Wreszcie mogłam wstać, co też z radością uczyniłam, i po powrocie na salę położna kazała mi się położyć na łóżku aby ostatni raz sprawdzić czy na pewno rozwarcie już jest wystarczające. Chociaż nie powiedziała ile centymetrów wynosi to po jej minie wiedziałam, że jest zadowolona. Nie wiem czy zrobiła to celowo czy przez przypadek ale nagle poczułam pękniecie i chlusnęły wody płodowe i zaraz pojawił się tak bolesny skurcz, że nie byłam w stanie powstrzymać ust przed wiązanką przekleństw ;) Położna tylko rzuciła, że wody są czyste i wyleciała za drzwi wołać do porodu wszystkich potrzebnych lekarzy, a mi już zaczęły się skurcze parte i nie wiedziałam czy mogę tak sama przeć, a całe ciało krzyczało żebym to robiła. Gdy pierwszy skurcz party minął wróciła do sali położna ze wszystkimi potrzebnymi osobami. Lekarka, która robiła mi USG wchodząc do sali zerknęła na zegar i powiedziała, że jest punkt ósma. Mąż pomógł odpowiednio ustawić łóżko, położna pomogła mi oprzeć nogi o specjalne podpórki i wraz zaczęłam przeć przypominając sobie co mówili w szkole rodzenia ;) Czułam jak coś dużego i twardego przechodzi przeze mnie i starałam się ze wszystkich sił "przepchnąć" to tak jak przepycha się zaparcie ;) Wiele kobiet mówi, że w tym momencie czuje jakby dziecko rozrywało je. Ja nic takiego nie miałam. Po prostu walczyłam z bardzo dużym i twardym zaparciem i byłam z siebie dumna, bo nic nie krzyczałam ;) Starałam się słuchać położnej i przeć wtedy kiedy mówi żeby przeć i na jej znak przestawać. Nagle znowu poczułam chluśnięcie i to córeczka została wyparta razem z krwią i innymi rzeczami. Ten moment był wspaniały, bo przyniósł ze sobą ulgę nie do opisania. Wręcz czułam jak mój mózg pływa w oksytocynie. Położna komentowała z lekarką, że mała jest prawie czterokrotnie owinięta pępowiną (widziałam jak ją odwijały i liczyły), szybko ją rozmasowały i już było słychać krzyk. Dostałam ją na brzuch, taką mokrą i cieplutką, mąż został poproszony o przecięcie pępowiny, córeczka została zabrana na szybkie wyczyszczenie, ja urodziłam łożysko (kompletnie nie czułam jak wychodzi i nawet wątpiłam w sens parcia skoro już nic nie czuję). Następnie dostałam ją owiniętą w kocyk na klatkę piersiową i w tym czasie lekarka mnie zszywała (położna musiała mnie minimalnie naciąć, bo inaczej bym sama pękła). Powiem szczerze, że szycie (chociaż w znieczuleniu) było strasznie bolesne. Nie aż tak jak największe skurcze ale też bardzo bolesne. Ale trzymałam córeczkę i starałam na niej się skupić. Wreszcie szycie zostało zakończone, znów zabrali mi dzieciątko aby je zważyć, zmierzyć, ubrać i zrobić inne zabiegi pielęgnacyjne, a ja poszłam do łazienki umyć się z całej krwi. Mąż znów dzielnie asystował, więc położna nas zostawiła, przebrana i sucha wróciłam na łóżko gdzie znów dostałam córeczkę. Położna pomogła mi ją pierwszy raz dostawić do piersi, dała kilka rad i zostawiła nas tylko we troje na dwie godziny.

    Tak więc w niedzielę, 12 maja, o 8:10 rano ważąc 2510g i mierząc 52cm przyszła na świat Gabrysia.

    Każdej kobiecie życzę takiego porodu i takiego pomocnego i wspierającego męża jakiego ja miałam.

    Wiele kobiet po porodzie mówi, że zapomina się ten ból. Jeszcze przed porodem myślałam, że to tylko takie gadanie żeby nie wystraszyć pierworódek. W trakcie porodu myślałam, że absolutnie nie da się zapomnieć tak wielkiego i straszliwego bólu. W dwa dni po wciąż wspomnienia były bardzo żywe. Ale z każdym dniem coraz bardziej blakły i ze zdziwieniem odkryłam, że rzeczywiście ciężko jest mi sobie przypomnieć ten ból. Teraz już tylko pamiętam, że bardzo bolało ale jaki był ten ból - ciężko jest mi sobie przypomnieć. A więc to prawda - zapomina się ból porodowy.

    5 komentarzy  | zaloguj się aby komentować »
  • nanu: Ale ten czas leci

    8 miesięcy temu była ledwie fasolką

    2 miesiące temu jeszcze siedziała schowana w brzuchu

    A dzisiaj? Z każdym dniem większa i cięższa ;)

    12 komentarzy  | zaloguj się aby komentować »